zawody CARP SHOW i CARPSHOP CUP nekielka 2012

 

            Jest środa popołudniu, wrzesień 2012, przyjeżdżamy na łowisko Nekielka, gdzie następnego dnia startujemy w ogólnopolskich zawodach z cyklu CARP SHOW i CARPSHOP CUP organizowanych przez Dawida Patlewicza. Nad wodą rozpoczął się pokaz sprzętu, namioty, łóżka, wędki, przynęty, nowości i nie tylko jest, na co popatrzeć, praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie. Mija kilka godzin i przychodzi czas na losowanie stanowisk, rozpoczęło się, numerek po numerku wywoływane teamy, a my stoimy i czekamy, losują następni a nas jak nie czytają tak nie czytają, losowanie powoli dobiega końca, widzę, że zostały 3 numerki i nadal cisza, zaczynam się niepokoić, co jest grane, tak nigdy jeszcze nie miałem, no i tak nam przyszło czekać do samego końca. Z wrażenia nawet nie pamiętam, kto gdzie, co polosował i co zostało. Jako że został ostatni numer nie losujemy tylko zapoznajemy się numerkiem, który pozostał, jest nim stanowisko nr.7. Patrzę na kompana, kompan na mnie, chyba jest dobrze, myślę sobie zobaczymy w niedzielę?

               Następnego dnia od wczesnego ranka stajemy do boju. Szykujemy sprzęt i obozowisko, dmuchamy ponton i przygotowujemy zanętę. Sprzętu mamy sporo jest, co robić, żeby to wszystko ogarnąć, ale dajemy radę. Jesteśmy gotowi w końcu wybija godzina nęcenia a niedługo godzina rozpoczęcia łowienia. Minęła 11 jest sygnał, ponieważ zawody organizowane się z rzutu zakładamy kulasy i rzucamy w zanęcone miejsca. W końcu rozpoczynamy! Nie mogliśmy się już doczekać.

Na pierwsze branie przyszło nam czekać do godziny 15, pierwszy odjazd i niestety ryba ląduje w trzcinach, mówię no to nieźle się zaczęło, ryby nie chcą za bardzo współpracować a tu taka strata, przyznam, że trochę zabolało, ale pisk sygnalizatora zrobił swoje. Mobilizujemy się zakładamy nowe przynęty i zarzucamy, dorzucamy trochę „papu” i czekamy. Dostajemy dodatkowego „kopa”, sąsiedzi łowią tołpygę o masie 19, 200, jest ogromna, ale niestety do zawodów nie zostaje doliczona. W zawodach liczy się tylko karp i amur od 3kg wzwyż.

Mija popołudnie, wieczór i noc, dobę mamy za sobą jedno branie myślę sobie porażka, dowiaduje się od innych, ryba kompletnie nie chce współpracować. Generalnie w pierwszej dobie pogoda szaleje wieje silny wiatr i w dodatku zmienia kierunki jest zimno, rano jest tylko 3, 5 stopnia, pogoda jest mało przyjemna, ale, zawsze powtarzam, nie ma złej pogody, jest lepsza lub gorsza, tym razem trafiliśmy na gorszą.

              Piątek godzina 9 z tego samego miejsca mam następny odjazd, tym razem przytrzymuje go i tylko delikatnie wchodzi w trzciny, wchodzę z partnerem do wody, nie poluźniając, choć na krok żyłkę, metr po metrze, napinam żyłkę jeszcze bardziej, krzyczę wychodzi, minuta i jest w podbieraku, nie jest duży, ale cieszymy się bardzo, bo przy tak słabym żerowaniu, każda ryba jest na wagę złota. Ryba trafia do worka a my wyrzucamy kij z powrotem do wody. Za godzinę mamy wagę, skala pokazuje 4.200kg. Mówimy sobie okaz to, to nie jest, ale patrząc na innych gdzie nie mają przez pierwszą dobę ani jednego brania chyba nie jest źle.

 

Mijają godziny w głowie kotłują się myśli, co tu zmienić, co poprawić. Mija kolejna doba, docierają do nas sygnały, że ryba się ruszyła. Zostaje ostatnia doba zawodów, jak nie teraz to, kiedy? Zmieniamy taktykę o 360 stopni. W wodzie lądują nowe kulki i spora dawka zanęty. Na wyniki nie musimy długo czekać. Mamy godzinę 15.50 Słyszymy głośny pik……….Zacięcie i jest, siedzi. Sławek szykuje podbierak a ja wchodzę do wody i odzyskuje cenne metry, zaczyna się pompowanie, czuje, że nie jest duży, ale na pewno jest większy niż poprzedni. Kilka minut i jest w podbieraku, przybijamy „piątkę” i bierzemy się ostro do roboty. Ryby mamy w łowisku, czasu nie zostało dużo więc musimy go w pełni wykorzystać. Przychodzi sędzia ryba do wagi, skala zatrzymuję się na 7.800Kg.

Mamy już 2 rybki, śmieje się ostatni nie będziemy! Zakładam kulki i rzucam, zestaw ląduje w podobnym miejscu. Przychodzi wieczór, mija 23, kładziemy się już prawie spać a tu nagle jedzie, hanger na moim kiju wali jak oszalały a karp odjeżdża z niesamowitą prędkością, szpula się grzeje nie miłosiernie. Prawdziwy mocny odjazd. Zacinam i pompuje, mówię, jest dobrze, bo czuje, że nie jest mały, karpia dociągam na jakieś 15-20m i zaczyna się szaleństwo, ma naprawdę sporo siły, mija dobre 5 minut holu i ryby nie widać, przypominam jest noc, ciemno z tyłu mamy trzcinę, musimy go przytrzymywać a wiadomo jak to jest, zbyt mocno to zrobisz i żegnasz się z rybą, mijają następne minuty walki, ryba powoli słabnie, jest wyjątkowo silna, ale w końcu się poddaje, ląduje w podbieraku, mamy ją, „piątka” i na brzeg. Oceniamy ją na 10-11kg, szybka fotka i ryba do worka, dzwonimy do sędziego. W między czasie zakładam świeże kulki i „cheja” do wody. Rzut wydaje mi się bardzo celny, mam po drugiej stronie latarnie, gdzie światło pada na wodę, „pi razy drzwi” widzę gdzie spadło. Po chwili witamy sędziego, ważymy rybę i okazuje się, że skala zatrzymuje się na 12.200, Jest dobrze mamy trzecią rybę w zawodach gdzie 1/3 ekip nie ma w ogóle brania. Mówię do Sławka, jeszcze jedna i będziemy w czołówce.

Emocje już opadły, kładziemy się spać, mamy 10 godzin do końca zawodów jeszcze wszystko się może zdarzyć, próbujemy zasnąć, ale nie idzie. W końcu zasypiamy a tu nagle pisk……. Słyszę przez sen znajomy głos mojej centralki, spaliśmy może 15-20 minut, zacinam, siedzi. Czuję duży opór, ale nie walczy tak jak poprzedni, kilka minut bez szaleństwa i jest w podbieraku. Dopiero jak wyciągamy go na brzeg widzimy że, jest największy. Jest godzina 1.30, sędzia nie odbiera telefonu w końcu też miał prawo się zmęczyć. Mówię do Sławka nie zasnę, jak go nie zważę, skala zatrzymuję się na 14.500kg, jest dobrze!

 

 Zdajemy sobie sprawę, że mamy szanse na podium, oczywiście nie licząc na pierwsze miejsce, które było od pierwszej doby zarezerwowane dla teamu ze stanowiska 9, byli po za zasięgiem. Jako jedyni ciągnęli rybę za rybą a wynik końcowy 95kg (praktycznie w pojedynkę, kto był na zawodach to wie o czym mówię) mówi sam za siebie.

Do rana nic więcej się nie działo, witamy sędziego, ryba zostaje zważona a skala zatrzymuje się na 14200kg, patrzę w worek i widzę powód braku 300g, no cóż nic nie poradzę, duże ryby mają to do siebie, że po nocy w worku niestety tracą, wie to każdy, kto złowił wieczorem a ważył rano, samo życie.

 

 

Sumujemy punkty, liczymy i wiemy, że jak na te warunki to mamy ich sporo. Pytam się sędziego, jak inni a on mi na to, że co niektórzy połowili, ale tylko pojedyncze ryby.

Z tego, co dowiedziałem się wcześniej ścigały nas 2 ekipy, stanowisko nr. 10 i stanowisko nr.23, czekamy z niecierpliwością na końcową wagę we wszystkich teamach. Tymczasem pakujemy sprzęt rozmyślając, co zrobiliśmy dobrze a co źle, najważniejsze to wyciągać wnioski na przyszłość. Spakowani dojeżdżamy na zbiórkę, już po chwili dowiadujemy się, że mamy II miejsce, dodatkowo łowię drugą największą rybę zawodów, za którą również jest wyróżnienie, szczęściu nie było końca. Pokonaliśmy nie jedną utytułowaną ekipę, z czego byliśmy bardzo dumni i szczęśliwi! Odbieramy puchary oraz nagrody, stajemy do pamiątkowego zdjęcia.

 

 

              Przeżyliśmy naprawdę dużą lekcję pokory, zmiana taktyki przyniosła nam sukces, gdyby nie to mogłoby się źle skończyć, ale nie sztuka łowić ryby w wannie jak biorą, sztuka je łowić w wannie jak nie biorą. W sumie mieliśmy 5 brań, z czego 4 wyciągnęliśmy o łącznej wadze 38, 400kg.

Gratuluje koledze z teamu i dziękuje za współpracę, żegnamy się i wracamy do domu. Były to dla nas bardzo udane zawody, których szybko nie zapomnimy, życzę Wam w przyszłości podobnych sukcesów!

 

Rafał Nowak